Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Teatru oraz urodziny Danieli (zachowajmy dyskrecję i nie wspominajmy, które), dlatego dwa dni wcześniej niż planowałyśmy, mamy dla Was... urodzinowy rozdział.
--------------------------------------------------------------------
Wpatrując się w fiolkę, w której ukryty był włos testrala, Aurora przemierzała korytarze. Uśmiechała się sama do siebie, nie wiedząc skąd tak nagle wziął się u niej ten dobry nastrój.
Po rozpakowaniu wszystkich urodzinowych prezentów uznała, że nie ma co niepotrzebnie budzić koleżanek tak wcześnie. Do rozpoczęcia czwartkowych lekcji zostało jeszcze dużo czasu. Ku jej ogromnemu zdziwieniu, pogoda była iście wiosenna. Poranne promienie słońca wpadały przez wysokie okna, wypełniając opustoszałe korytarze Hogwartu. Spokój i cisza były wszystkim, czego teraz potrzebowała.
Chłonęła tę atmosferę całą sobą. Jakby tych kilka chwil samotności miało dać jej siłę na kolejne dni.
Zapatrzona w swój skarb nie zauważyła chłopca, który nadchodził z naprzeciwka. Odbiła się od niego, a fiolka z głuchym łoskotem upadła pod stopy młodego Krukona. Chłopiec podniósł ją i podał oszołomionej Aurorze.
- Jesteś Aurora. Aurora Sinistra, prawda? - zapytał, zanim zdążyła mu podziękować.
- A ty... ty... - wydusiła, ale nie wiedziała co powiedzieć dalej.
Znała tego chłopca z widzenia. Też był na pierwszym roku. Mieli razem transmutację i eliksiry... Astronomię też... Nie pamiętała jednak jak się nazywał.
- Trevor MacFusty - przedstawił się szybko, jakby czytając w jej myślach.
Zmieszany przejechał dłonią po krótkich brązowych włosach.
- Mogę cię odprowadzić do Wielkiej Sali - zaproponował, gdy Aurora nadal milczała. - Od dawna chciałem cię poznać.
- Ja... Jasne - zmieniła zdanie w pół słowa. Chciała jeszcze trochę pospacerować, ale Trevor był tak miły, a ona i tak niezbyt grzecznie zachowała się wpadając na niego i nie przepraszając. A potem jeszcze zapomniała jego imienia. - Chodźmy.
W jasnoniebieskich oczach chłopca pojawiły się iskierki radości.
- Ponieść twoją torbę? - zapytał.
- Co? - zdziwiła się Aurora. - Och, nie, dziękuję. Dam sobie radę.
Trevor był dziwny. Sympatyczny, ale dziwny. Zupełnie nie pasował do jej wyobrażenia chłopca w jej wieku. Nie był głośny, ani roześmiany. Był spokojny i szarmancki, a przynajmniej taki się wydawał na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony, opinia Aurory o jedenasto- czy dwunastoletnich chłopcach wynikała z obserwacji zachowań Jamesa. Mogła więc być nie do końca obiektywna.
- A dlaczego właściwie chciałeś mnie poznać? - zapytała, gdy schodzili po jednych z wielu schodów, które mieli do pokonania, aby dostać się na parter.
- Nie wiem, czy to dobry moment, żeby o tym wspominać - odparł bardzo elegancko. - Zanim na siebie wpadliśmy, wyglądałaś na całkiem szczęśliwą.
- To przez tę pogodę - wyznała Aurora. - Czuję jakby nadchodziła już wiosna. A z nią Wielkanoc i powrót do domu.
- Yhym - mruknął Trevor i wskazał na okno. - Zobacz, stąd widać jezioro. Jest tak podobne do tych z moich rodzinnych wysp. Wiosną jest najpiękniejsze. Mieszkam na Hybrydach. Moja rodzina zajmuje się tamtejszą populacją smoków. Gdy skończę Hogwart wyjadę na studia do Rumunii, a potem wrócę i przejmę obowiązki mojego ojca. A ty? Co później byś chciała robić?
- Jeszcze nie wiem - odparła zgodnie z prawdą. - Przecież to dopiero pierwszy rok. Mam dużo czasu do namysłu.
- Właściwie to tak. Ale zawsze mówiono mi, że marzenia pozwalają nam iść do przodu - uśmiechnął się. - Nie patrz na mnie jakbym spadł z księżyca.
Aurora z niedowierzaniem pokręciła głową. Ten chłopiec był nieprawdopodobny:
- Powiesz mi w końcu dlaczego chciałeś mnie poznać? - zapytała, znowu ruszając w dół spiralnymi schodami.
- A jednak nie dajesz łatwo za wygraną - skwitował Trevor idąc za nią. - Chciałem porozmawiać. Całkiem sporo pisali ostatnio o twojej mamie. Te pogłoski... domysły...
- Szukasz wiarygodnego źródła informacji?! - przerwała mu Aurora. A już zaczynała go lubić. - Ja ci w tym niestety nie pomogę. Nic nie wiem.
- Nie o to chodzi - zbagatelizował ten wybuch dziewczęcego temperamentu Trevor. - Po prostu... Kilka lat temu spotkało mnie to samo.
- Co?! - Aurora stanęła jak wryta, o mało nie spadając z kilku ostatnich stopni.
Niepotrzebnie tak na niego naskoczyła. Znowu zrobiło się jej głupio.
- Moja mama zniknęła, gdy miałem siedem lat - wyłożył Trevor. - Też wypisywali bzdury w gazetach, a czarodzieje, którzy nas odwiedzali opowiadali niestworzone rzeczy. Podejrzewano nawet mojego ojca, że się jej pozbył. Tylko, że ciała mojej mamy nigdy nie odnaleziono. Chciałem ci tylko powiedzieć, że nie ma co się przejmować tym zamieszaniem wokół ciebie. Za parę tygodni sprawa przycichnie.
- Bardzo bym tego chciała - wyznała Aurora. - Dziękuję.
- Nie ma za co.
Szli już korytarzami pierwszego piętra. Coś w osobie Trevora nie dawało jej spokoju. Szedł dumny i wyprostowany, ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń. I ten jego akcent, czysty brytyjski. Zupełnie nie pasował do jej wyobrażenia Szkoda.
- A jak teraz sobie radzicie? - zagadnęła.
Trevor wzruszył ramionami. Tym razem na nią nie spojrzał.
- Spokojnie. Ojciec jakiś czas temu ożenił się drugi raz. Macocha czasem mnie uderzy, albo którą z moich sióstr, czasem wytarga za włosy, albo za uszy, ale ogólnie jakoś się żyje... - W jego głosie nie dało się wyczuć żadnych emocji.
- Przepraszam, że o to zapytałam - wyszeptała Aurora, gdy schodzili do sali wejściowej. - Nie chciałam przywoływać złych wspomnień.
- Nic się nie stało. - W końcu na nią spojrzał. - Po prostu nie każdy ma tyle szczęścia co ty w tej sprawie. Podejrzewam, że Daniela McKinnon jest lepszą macochą od mojej.
- Zdecydowanie - zgodziła się Aurora. - Zaraz... - Teraz to do niej dotarło. - Skąd wiesz, ze mój tata się z nią ożenił? Przecież to miała być tajemnica.
- Dla większości osób była, przynajmniej do czasu tej całej burzy - przyznał Trevor. - Ale ja wiedziałem wcześniej. Tata był na ich ślubie. Moja mama była aktorką, przyjaźniły się... To drugi powód dla którego chciałem cię poznać.
- A ja już wiem skąd u ciebie ten idealny akcent - roześmiała się Aurora.
- To prawda. Moja mama bardzo dbała o czystość języka... Ciągle nas poprawiała...
Właśnie mieli wejść do Wielkiej Sali, gdy drogę zastąpiła im blondwłosa Krukonka w okularach. Jak cień podążał za nią przynajmniej o głowę niższy od niej chłopiec.
- Trevor! - wykrzyknęła dziewczyna, mierząc Aurorę ponurym spojrzeniem. - Gdzieś ty się podziewał?! Szukam cię od godziny. Koniecznie musisz mi wytłumaczyć... jak działa sproszkowany pazur smoka w eliksirze mózgowym...
- Rita, uspokój się. Przecież eliksiry mamy dopiero we wtorek - przerwał jej rozbawiony Trevor. - Ja i Aurora właśnie...
- Nie mogę tyle czekać! - warknęła Rita.
- Nie przejmuj się mną - powiedział szybko Aurora, bo zaczynało robić się niebezpiecznie. - I tak muszę jeszcze coś załatwić przed zajęciami.
Szybko odeszła w stronę stołu Gryffindoru. Rita... Rita Skeeter! Dlaczego nie potrafiła od razu przypomnieć sobie jak ta dziewczyna się nazywa? Było jej strasznie wstyd. Przecież mogła uważniej słuchać, kiedy na początku roku profesorowie odczytywali listy uczniów. W połowie listopada odkryła, że nie zwracała uwagi na Dorcas i Lily, które okazały się być wspaniałymi koleżankami, a teraz to! Chyba jest egoistką... Ale zastanowi się nad tym później. Teraz miała co innego do zrobienia. Podjęła już decyzję.
Pospiesznie nakładała owsiankę, aby zdążyć zjeść, zanim inni Gryfoni z jej roku zejdą na śniadanie. Od ciotki Flavii też dostała prezent - piękny zestaw piór i pergaminów. Najwyższy czas załatwić tę sprawę jak należy. A nie miało to być takie proste.
Gabinet profesora obrony przed czarną magią znajdował się na drugim piętrze. Tak przynajmniej twierdził James - miał już zaszczyt odbywać tam szlaban. Aurora właśnie zastanawiała się, które drzwi mogą prowadzić do gabinetu, gdy zza jednych z nich dobiegł ją podniesiony, dobitny głos ciotki.
- Mogłeś mi powiedzieć. Nie pomyślałeś, że też chciałabym tam być.
Trochę to Aurorę przestraszyło, ale przecież odwaga nie polegała na braku strachu, a na umiejętności jego przezwyciężania. A ona była Gryfonką.
Uniosła dłoń i zapukała. Nie czekając długo na pozwolenie weszła do środka.
- Kto u li...
- Aurora...
Drugi głos nie należał do ciotki, a do... jej ojca.
Głowa Paula Sinistry tkwiła w kominku, a Flavia Lanpori klęczała obok z "Prorokiem Codziennym" w dłoni. Zapewne przed chwilą wymachiwała mu nim przed nosem.
- Co ty tu... To znaczy... Dziękuję za prezenty - wydukała Aurora.
Do tej pory śpiący na swoim posłaniu wilk uniósł łeb i teraz wpatrywał się w nią tak samo intensywnie jak tamta dwójka.
- Nie przejmuj się nim - powiedziała ciotka, zauważając jej niepewne spojrzenie. - Rasputin nic ci nie zrobi.
- Nie ma za co - odparł z kominka Paul Sinistra. - Cóż, Flavio, masz gościa więc nie będę wam przeszkadzał. Wrócimy jeszcze do tematu. Udanych urodzin, córeczko. Napisz czasami do nas.
I zniknął, zanim chociażby zdążyła mu pomachać na pożegnanie. Ciotka Flavia spojrzała na "Proroka Codziennego", wzruszyła ramionami i wrzuciła go do kominka. Dogasający ogień zaczął powoli trawić karty gazety.
- Nie spodziewałam się ciebie tutaj - powiedziała w końcu Flavia Lanpori. - Choć nie jest to niemiła niespodzianka.
Znowu tylko stały i milczały. Żadna z nich nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Aurora z poczuciem winy, że ostatnio tak bezceremonialnie się z nią obeszła, i jej ciotka, ze świadomością, że w przeszłości popełniła wiele błędów, za które teraz przychodzi jej płacić. Obie jednak dręczyło to samo pytanie: dlaczego zerwane niegdyś więzi tak trudno naprawić?
- Skąd się tutaj wziął mój tata? - zapytała Aurora, nie wiedząc jak zacząć rozmowę.
- Od wczoraj próbowałam się z nim skontaktować. - Ciotka wzruszyła ramionami. - Najwyraźniej wcześniej nie miał dla mnie czasu.
- Może... - zawahała się. - Może trudno mu przyzwyczaić się do nowej sytuacji... Tak samo jak mnie... Przepraszam - dodała szybko, zauważywszy że ciotka odwróciła wzrok. - Przepraszam, że wcześniej nie chciałam rozmawiać i... że dzisiaj weszłam tutaj bez zaproszenia...
- Nic się nie stało - odparła ciotka.
W końcu ruszyła się z miejsca i zaczęła zbierać porozkładane po gabinecie przedmioty.
- Ale gdyby to zrobił któryś z twoich kolegów, zapewne poszczułabym go Rasputinem. - Wskazała na swojego wilka.
Aurora wolała sobie tego nie wyobrażać.
- Wyjeżdżasz? - zapytała, widząc, że kolejne rzeczy ciotki lądują w otwartym kufrze.
- Tak - odparła krótko Flavia Lanporii.
- Ale wrócisz?
- Tak, wrócę - odpowiedziała przystając i wpatrując się w chrześnicę, tak intensywnie, jakby się zastanawiała czy w jej słowach nie czai się jakiś ukryty sens. - Jadę tylko na kilka dni. Mam coś do załatwienia.
- To dobrze, bo dziadek mówi, że gdy wyjeżdżasz to nigdy nie wiadomo, kiedy się ciebie znowu zobaczy.
- Tak twierdzi? - Flavia Lanpori wyglądała jak ktoś, kto znajduje się pod wpływem głębokiego szoku. Potem po raz kolejny, obojętnie wzruszyła ramionami, zaczynało to być irytujące: - Może i ma rację. - Wróciła do przerwanych czynności. - Coś jeszcze?
- Tak - przyznała odważnie Aurora, choć nie wiedziała czy już nie posunęła się za daleko. - Dziękuję za prezent.
Choć trudno było w to uwierzyć ciotka naprawdę próbowała się uśmiechnąć. A przynajmniej wykonała grymas, który to sugerował.
- Do zobaczenia później.
Aurora wyszła z gabinetu i znów rozpierała ją energia. Choć nie zapytała o wszystko co chciała, odbyły z ciotką całkiem przyzwoitą rozmowę. Dawało to jej nadzieję, że może kiedyś uda im się normalnie porozmawiać.
Zajęcia z transmutacji wymagały od uczniów bezwzględnego skupienia. Samo zaklęcie nie wystarczało, trzeba było wiedzieć dokładnie jaki efekt chce się osiągnąć, oczami wyobraźni widzieć każdy szczegół. Nie było to łatwe, gdy ktoś stale coś syczał człowiekowi do ucha.
- Powiesz mi w końcu gdzie byłaś? - naciskała Mortycja. - Szukałam cię przez cały poranek. Już nawet zaczęłam się zastanawiać, czy nie dorwała cię jakaś śmierciotula.
- Śmierciotula? - zapytała Aurora, sceptycznie przyglądając się zegarkowi, który miała transmutować w kompas.
- Tak, śmierciotula - warknęła poirytowana przyjaciółka. - Takie stworzonko podobne do czarnej peleryny, które pożera śpiących czarodziejów.
- Przecież one żyją w tropikach...
- Nie czepiaj się szczegółów.
- Przepraszam, że przerywam tę ożywioną dyskusję, ale może panie zdecydowały się zająć tematem lekcji? - Aurora zesztywniała na dźwięk głosy profesor McGonagall.
- Panno Sinistra, nie dostałam jeszcze pani wypracowania.
Aurora wbiła wzrok w ławkę. Zupełnie nie pamiętała o jaką pracę jej chodzi. Przerażenie było tym większe, że była to już druga tego typu wpadka w ciągu kilku dni.
- Rozumiem. Ostatni miesiąc nie był dla ciebie łatwy, ale to nie powód, aby zaniedbywać swoją edukację, panno Sinistra - powiedziała profesor McGonagall trafnie odczytując jej milczenie. - Proszę się wziąć w garść i dostarczyć mi pracę do końca przyszłego tygodnia. I proszę się przyłożyć do ćwiczeń...
Mortycja rozdziawiła buzię ze zdumienia. Jej siostra zajęła się już innymi uczniami.
- Co to ma być, panie Potter? - zapytała, podchodząc do ławki, w której James i Syriusz świetnie się bawili.
- To? - upewnił się kuzyn. - Zegarek wielofunkcyjny, pani profesor. Nie dość, że wskazuje godzinę, to pokazuje jeszcze gdzie jest północ.
Kolejne trzy kwadranse Aurora spędziła na mozolnych próbach przetransmutowania zegarka jak należy. Nie było to proste. Nawet, gdy jej się w końcu udało, transmutacja nie była trwała i po chwili wracał do pierwotnej formy. Od nadmiernego wysiłku, głowa zaczęła ją boleć i coraz trudniej było jej się skupić na wykonywanym zadaniu. Zwłaszcza, że jej umysłem stale próbowała zawładnąć myśl, dlaczego właściwie nie mogła odrobić tych prac. Po raz pierwszy z taką ulgą powitała koniec lekcji.
Już miały ruszyć z Mortycją na drugie śniadanie, gdy od strony katedry rozległ się głos profesor McGonagall:
- Mortycja! Ty zostajesz!
- A niech to rogate gorgony... - zaklęła pod nosem przyjaciółka i odwróciła się w stronę siostry ze sztucznym uśmiechem. - Od tygodnia nie wysłałam żadnego wyjca - powiedziała ze świetnie udawanym przerażeniem.
Aurora wyszła na korytarz sama i odparła się o ścianę. Nie chciała być świadkiem kolejnej wielkiej... dyskusji rodzinnej. Nie widziała jak długo będzie musiała czekać na Mortycję, a byłą pewna, że gdyby tego nie zrobiła, znalazłaby się w poważnych tarapatach.
Tłum uczniów zmierzających do wielkiej sali przelewał się przez korytarz. Aurora starała się na nich nie patrzeć. Trudno jednak było nie zauważyć, że niektórzy wciąż pokazują ją sobie palcami i na jej widok z ożywieniem szepczą między sobą. Nie było to przyjemne, ale też trudno było im się dziwić. Informacja o pogrzebie Geraldine Sinistry pojawiła się na łamach "Proroka Codziennego" zaledwie kilkanaście godzin temu, a przecież sprawa tak brutalnego morderstwa od miesiąca wzbudzała wielkie emocje.
Wśród tłumu pojawił się Jack Slopper. Jego siwa czupryna górowała nad tłumem drugo- i trzecioroczniaków, przeciskających się przez korytarz.
Aurora delikatnie uśmiechnęła się do niego, gdy podszedł bliżej.
- I jak się miewa moja solenizantka? - zapytał, przystając obok.
- Zupełnie zwyczajnie - odparła zgodnie z prawdą.
- Tak się właśnie zastanawiałem, jak uczcić te twoje urodziny...
- I co wujek wymyślił? - zagadnęła Aurora, nie odrywając wzroku od wpatrującej się w nią Krukonki z roku Gilderoya.
- Pomyślałem, że porządna rozgrywka shuntbumpsa dobrze ci zrobi. Panno Jorkins, potrzebuje pani czegoś? - dodał, spoglądając na Krukonkę.
Dziewczyna zrobiła przerażoną minę i czym prędzej się oddaliła.
- To jak będzie? Może w sobotę?
Znów zwrócił się ku Aurorze.
- Mówisz poważnie? - tym razem spojrzała na wujka, jakby w jego niebieskich oczach chciała wyczytać potwierdzenie.
- Nigdy nie byłem bardziej poważny - zaśmiał się Jack Slopper. - Teraz potrzeba ci dużo śmiechu i zabawy. W sobotę większość uczniów wybędzie do Hogsmeade, więc nikt nie będzie nam przeszkadzał. Zbierz grupkę przyjaciół i spotkajmy się o dziesiątej na stadionie quidditcha.
- Wujku, jesteś cudowny! - Niewiele myśląc Aurora z radości rzuciła mu się na szyję. Potem dotarło do niej jak nie na miejscu się zachowała, spąsowiała i stanęła na dawnym miejscu, wpatrując się w swoje czarne czółenka.
- W takim razie do zobaczenia w sobotę - odparł wujek i odszedł uśmiechając się pod nosem.
Tuż obok Aurory trzasnęły drzwi klasy transmutacji i pojawiła się Mortycja:
- Nie wytrzymam z nią! - warknęła na widok przyjaciółki. - Oczywiście musiała mnie wypytać o ciebie. Rzecz jasna nic jej nie powiedziałam. Chodź, idziemy stąd zanim wyjdzie.
Pociągnęła Aurorę korytarzem w stronę schodów do sali wejściowej.
- Muszę coś zjeść - kontynuowała po drodze Mortycja. - Myślałby kto, że skoro jest opiekunką naszego domu to musi wszystko wiedzieć. A takiego! Chyba że będzie błagać mnie na kolanach. Wtedy się zastanowię. Swoją drogą, nie rozumiem dlaczego wszyscy tak się tobą martwią. Im mocniejsze kopniaki w tyłek się dostaje, tym dalej się leci. To zdrowe dla ciebie.
Aurora tylko się uśmiechała podczas tego monologu przyjaciółki. Właśnie to w niej kochała, nie przejmowała się nikim i niczym. Czasami sama taka chciała być.
- W sobotę idziemy na stadion quidditcha zagrać w shuntbumps - powiedziała, gdy schodziły po marmurowych schodach. - Wujek Jack nas zaprasza z okazji moich urodziny.
- Chyba nie myślisz, że bez bezwzględnej konieczności wsiądę na miotłę - warknęła Mortycja. - Nie cierpię tego. Jedne zajęcia z latania w tygodniu mi spokojnie wystarczą.
- Ale przyjdziesz, prawda? - Aurora uśmiechnęła się do niej przymilnie.
- Przyjdę, przyjdę. Przecież nie mogę zostawić cię samej - mruknęła Mortycja. - Tylko nie zabieraj ze sobą Dorcas i Lily, bo od tygodnia mnie wkurzają.
Piątkowy poranek Aurora postanowiła poświęcić na zaproszenie pozostałych przyjaciół. Z uprzednio przygotowaną listą w dłoni wyruszyła na poszukiwania Amelii i Trevora. Najbardziej martwiła się tym, czy zdąży na czas znaleźć Trevora. Choć znali się zaledwie od wczoraj bardzo go polubiła. I już zdążył jej zaproponować, że pomoże w nadrobianiu zaległości. To czy uda jej się teraz spotkać Amelię nie było aż takim problemem. Po południu miały wspólnie zielarstwo.
Zaledwie zeszłą do pokoju wspólnego wpadła tam jednak na kogoś zupełnie innego.
- Kuzynka, co ty tutaj robisz tak wcześnie? - zapytał James.
Aurora pomyślała, że to ona powinna go o to zapytać. W pełni ubrany i rozbudzony James przed ósmą rano był czymś niezwykłym.
- Rozkoszuję się samotnością - odparła. - A ty?
- W rozkosznej samotności zastanawiam się, gdzie zniknął Remus - odpowiedział ironicznie.
- Jak to zniknął? - To słowo nie kojarzyło się jej dobrze.
- Już kilka dni temu. Nie zauważyłaś?
- No... nie... - wyznała szczerze. Wielu rzeczy ostatnio nie zauważała.
- Otóż, już wcześniej mu się to zdarzało, ale nigdy nie na tak długo - wyłożył kuzyn jak małemu dziecku. - Może tym razem jego babcia kojtła na dobre...
- James!
- No co? To tylko moje domysły - obruszył się kuzyn.
Aurorze brakowało jakichkolwiek racjonalnych argumentów, które by potwierdziły, że jego zachowanie jest nie na miejscu. Przez chwilę stali, wpatrując się w siebie.
- Szkoda - westchnęła w końcu Aurora. Nie chciała teraz zastanawiać się nad zniknięciem kolegi. Zrobi to później. - Chciałam was zaprosić na jutro na rozgrywkę shuntbumpsa...
- Super! - wykrzyknął James. - Powiem Syriuszowi!
- Czekaj! - zawołała za nim Aurora, ale było za późno. Kuzyn już zniknął na schodach prowadzących do dormitorium chłopców.
Nie powiedziała mu więc, że nie zamieszała zapraszać Syriusza Blacka.
Lista gości, których nie zamierzała zaprosić, poszerzyła się jeszcze w sobotę rano. Aurora zbierała się do wyjścia, obserwowana przez Dorcas i odczuwała coraz mocniejsze wyrzuty sumienia, że zostawia ją samą.
- Gdzie Lily? - zapytała w końcu, zatrzymując się z ręką na klamce.
- Chyba umówiła się w bibliotece z Severusem - odpowiedziała beznamiętnie Dorcas.
- Z tym, który...
- Z tym, którego James i Syriusz jakiś czas temu musieli potraktować upiorogackiem w twojej obronie - przerwała jej koleżanka.
- Nie wiem co ona w nim widzi, ale skoro to jej odpowiada... - zastanowiła się Aurora, przypominając sobie jak chłopak ją zaczepiał. - Czyli zostałabyś sama?
- Nie przejmuj się mną... Posiedzę tutaj... Poczytam - wskazała na książkę Fifi LeFolle.
- Nie żartuj. Chodź ze mną - zareagowała trochę zbyt emocjonalnie. - Zapraszam.
- Mortycji to się nie spodoba - mruknęła sceptycznie Doras.
- Ale to moje urodziny.
Z niewiadomych przyczyn czerpała ogromną satysfakcję z tego, że sprzeciwiła się woli przyjaciółki. Aż ją samą to przerażało.
Dzień był wyjątkowo słoneczny, a włosy Aurory i Dorcas, rozwiewał tylko lekki wiatr gdy szły przez błonia. Po zalegającym do niedawna wokół zamku śniegu nie było już prawie śladu. Wszystko wskazywało na to, że wiosna w tym roku zawita wyjątkowo wcześnie.
Na stadionie quidditcha powitały je radosne okrzyki Amelii i Trevora. Gdzieś za koleżanką czaił się Peter, jakby kuląc się w sobie.
- A tobie co się stało? - zapytała Aurora, promieniując radością po tym jak Trevor wręczył jej bukiet tulipanów.
- Mortycja mówi, żebym nawet nie dosiadał miotły - odparł z miną zbitego psiaka. - Bo niepotrzebny mi nawet przeciwnik, żebym z niej spadł.
- Cała Mortycja! A gdzie ona właściwie jest? - Nie widziała jej przez całe wczorajsze popołudnie, a dzisiaj też przyjaciółka wyszła bardzo wcześnie.
- Właśnie idzie - powiedziała Amelia, wskazując odległy koniec boiska.
Zmierzała w ich stronę dziarskim krokiem, a James i Syriusz taszczyli a nią coś, co wyglądało jak ogromna szklana kula. Dopiero, gdy podeszli bliżej, Aurora zrozumiała, że to tort.
- W końcu dotarliśmy. Ci dwaj zabierali się do niesienia tego jak psidwak do szpiczaka - oświadczyła Mortycja, najwyraźniej bardzo zmęczona.
Wtedy jej wzrok padł na Dorcas. Odciągnęła Aurorę na bok:
- A ona co tutaj robi?
- Cóż...
Nawet przez myśl by jej nie przeszło, że będzie musiała wytłumaczyć się z tego przyjaciółce.
- Powiedziałaś, że mam nie zapraszać Lily i Dorcas. Jest więc tylko Dorcas - wymyśliła naprędce.
- No ładnie - skwitowała Mortycja. - To ja tutaj przez cały dzień się męczę, żeby zrobić ci tort... Nawet szlaban zarobiliśmy, a ty łapiesz mnie za słówka.
- Jak szlaban?
- Za wybicie okna w pokoju wspólnym, kiedy to tort nie chciał wyskoczyć z kociołka, w którym go piekliśmy.
- Może mi ktoś pomoże? - rozległ się głos Jacka Sloppera.
Aurora już o nic więcej nie zapytała.
Wujek Jack zmierzał w ich stronę niosąc tuzin mioteł. Trevor od razu rzucił mu się z pomocą. Po chwili wahania również James i Syriusz zostawili tort i do nich dołączyli.
Aurora była mile zaskoczona stanem mioteł. Po krótkich oględzinach stwierdziła, że są to same najnowsze modele, błyszczące, z równymi witkami i ogólnie bardzo zadbane.
- Skąd je masz? - zapytała wujka z rosnącym podziwem.
- Powiedziałem kapitanom drużyn quidditcha, że są mi niezbędne - odpowiedział z lekkim uśmiechem. - Nie byli zbyt chętni do wypożyczenia ich, ale zasugerowałem, że w przeciwnym wypadku mogę poważnie zastanowić się nad dalszą pomocą w ich treningach. A tych zawodników, których to nie przekonało Flavia postraszyła swoim wilkiem.
- No pięknie...
- Postarajcie się jednak przy nich nie gmerać - uprzedził wujek, gdy James zaczął przeliczać witki jednej z mioteł. - Obiecałem oddać je w nienaruszonym stanie. A teraz do dzieła! Kto chce grać wybiera sprzęt, a kto nie, idzie pilnować toru.
Został ustalony limit wysokości na jaką wolno się wznosić. Pomimo świecącego słońca, ziemia wciąż była zmarznięta po zimie i można by było zrobić sobie krzywdę spadając z bardzo wysoka. A w grze przecież o to chodziło, aby zrzucić przeciwnika z miotły.
Choć unosili się tylko kilka, do kilkunastu stóp nad ziemią przyjemnie było usłyszeć łopot szat na wietrze i poczuć orzeźwiające powietrze ma twarzy. Gdy tylko Aurora oderwała stopy od podłoża, poczuła się jakby wszystkie troski zostały na ziemi. Jeszcze większa euforia ogarnęła ją, gdy udało jej się zrzucić z miotły Jamesa.
- Dałem ci fory! - tłumaczył kuzyn, zbierając się z trawnika. - To twoje urodziny, więc ci się należało.
Swoje spektakularne zwycięstwo przypieczętowała pokonując Syriusza. Nie uszło jednak jej uwadze, z jaką naturalną elegancją i z jakim błyskiem rozbawienia w oku chłopak odpierał każdy jej atak. Zachęcona zwycięstwami przyjaciółki do zabawy przyłączyła się również Mortycja. I pewnie grałaby z nimi do końca, gdyby nie to, że Trevor w dość brutalny sposób zwalił ją z miotły.
- I czego się cieszysz? - warknęła do Krukona. - Tak głupiej gry jeszcze nie widziałam. Creaothceann jest sto razy lepszy. Nie wiem dlaczego go zabronili.
- Może dlatego, że wiele czarodziejów ginęło po oberwaniu kamieniem w głowę - zasugerowała Amelia z taką ironią, jakiej Aurora jeszcze w jej głosie nie słyszała.
- Już słyszą wrzask rogu, już pod chmury wzbijają się śmiało, Lecz śmierć szybuje wraz z nimi, bo już dziesięciu wybrała - zacytował Trevor.
- Wierszokleta się znalazł - podsumowała Mortycja. - Jak się w quidditchu obrywa tłuczkiem to też można zginąć, a jakoś nikt nie zakazuje w to grać. Idę lepiej popilnować, żeby Peter nie zjadł całego ciasta.
Zmienne nastroje przyjaciółki nie robiły na Aurorze najmniejszego wrażenia. Nic nie było w stanie popsuć jej dzisiaj humoru. Odkryła, że im więcej osób gra w shuntbumps, tym gra jest bardziej fascynująca. Można z kimś współpracować, można działać samotnie, trzeba zachować stałą czujność, bo nigdy nie wiadomo z której strony nastąpi atak.
W powietrzu Aurora na chwilę zapomniała o wszystkich przeszłych sprawach. Liczyło się tu i teraz. Nie mogła sobie pozwolić na chwilę nieuwagi. Grupa przyjaciół, zabawa, śmiech i dążenie do coraz lepszych wyników. Wszystko to było azylem, w którym teraz mogła się schować. Ułudą szczęścia...









